Dzień po czuję się zmęczony po prostu, a perspektywa przeżycia kilku godzin w bezsensie pracy po prostu zniechęca. Nie sprawia mi to radości, nie chcę tak żyć. Coraz mocniej się przekonuję, że jednak nie jestem pracownikiem i powinienem spróbować być przedsiębiorcą. Ale zniechęca też opór materii, wrogość świata. Jestem zmęczony tym, że na tak niewiele spraw mam bezpośredni wpływ i w tej nierównej grze mam walczyć o status społeczny. Jest on oczywiście dla mnie ważny, ale jest tak napompowany przez reklamę, konsumenckie wartości w ogóle, że nie może być sprecyzowanym celem samym w sobie. A wszystko inne albo zieje bezsensem albo skazuje na rezygnację z tego statusu. Pułapka bez wyjścia, pułapka bezsensu, trzeba być naprawdę głupim żeby jej nie zauważać. I wydaje mi się, że większość ludzi żyje w tym dwójmyśleniu, że niby wiedzą, że ich działania nie są nacechowane jakąkolwiek celowością, ale jednak wmawiają sobie codziennie rano, że właśnie tak jest i z tego kłamstwa czerpią energię. Po prostu bez tego kłamstwa nie sposób funkcjonować, tak jak funkcjonują, jak ja funkcjonuję. Też staram się sobie wmówić to kłamstwo, ale ono wcale mnie nie zadowala.
Stąd ten cały smutek co rano, że tkwię tu jak niewolnik, a nie wolny człowiek, który wybiera miejsce. Niby mam ten wybór, ale tak ograniczony jak przy urnie. Żaden.
poniedziałek, 24 marca 2014
Iluzja rzeczywistości
niedziela, 17 marca 2013
Dzisiaj krk
Więc dzisiaj w Krakowie. Nowe miejsce, nowe twarze, nowe wzorce zachowań. Dalej tyję w doświadczenia. Ze spokojną obojętnością patrzę na jutro, jakoś przecież będzie. Poruszam się w świecie symboli, znaków, uczę się ich, chcę jak najlepiej odczytywać zaszyfrowane treści, coraz lepiej grać w grę. Ta mnie bawi, posiada nieskończoną prawie ilość wątków do zgłębienia i każdy przynosi lepsze zrozumienie całości. I przede wszystkim nigdy się nie kończy. Chciałbym dorzucić swoją cegiełkę, stworzyć swój kod, swoją symbolikę, zainspirować nią kogoś do dalszego przetwarzania. Właśnie przetwarzanie mnie najbardziej interesuje. Dlatego tylu winylowych popisów słucham. Często mnie przeraża prognozowanie gdzie idziemy jako ludzie. Wyszukuję tendencje, mody, aspiracje. Przelatuję po łebkach przez zagadnienia, żeby jak najlepiej ogarnąć, z jak najdalszej perspektywy oglądać fraktal rzeczywistości. Czy warto, czy to dokądś prowadzi i, co najistotniejsze, czy nie jestem zbyt tępy żeby wznieść się choć na kilka centymetrów? Nie wyjdę poza moje subiektywne oceny, więc na żadne z tych pytań nie potrafię i nigdy nie będę potrafił odpowiedzieć. To właśnie jest ten okrutny żart boga (czy istnienia, czy dualizmu, dychotomii, jak zwał - nieistotne). Kiedy gdzieś w środku tli się iskra, co odpocząć spokojnie nie pozwala - moje ambicje, nieprzystawalność, chęć doświadczenia transcendencji lub chociaż czegoś większego niż to miałkie wszystko, co do tej pory poznałem. I iskra ta męczy, wykręca, psuje każdą chwilę, zaburza pewność siebie, przepotwarza mnie w coś strasznego, ponad moje siły. Pewnie zwariowałbym, oderwał od rzeczywistości, gdyby nie to zwierzę, które się przeciw tej iskrze cały czas buntuje. Mówi mi, że nie ma sił na to, ani ochoty, ani możliwości. Lecz gdybym zwariował - zanurzyłbym się w szczęściu mojego obłędu, a tak muszę tkwić pomiędzy z wciąż kwaśną miną. To obrzydza - a to przeraża, więc idę środkiem, cienką ścieżynką, chwiejny, rozedrgany, skłonny do smutku i autodestrukcji.
wtorek, 26 lutego 2013
fekalia!
Te wszystkie litery, tyle już lat, o kant dupy.
Pustym leniem jestem i niczym tego nie zmienię.
Więc gówno.
Pustym leniem jestem i niczym tego nie zmienię.
Więc gówno.
niedziela, 24 lutego 2013
Mydlane popołudnie
W ciągłej zabawie dopatruję się rozwoju, większego zrozumienia świata, bo marzę o ciągłym progresie. Marzę o tym, żeby praca była przyjemnością - bo wiem, że może. Praca nad sobą, nad jakością własnych myśli, nad umiejętnością skupienia, logicznego rozumowania. A tak długimi przerwami nie-pisania strasznie się odzwyczajam od tworzenia zgrabnych zdań, czuję blokadę i niemoc, a wręcz fizyczny ból z tyłu czaszki. Zmuszam mój otępiały, rozleniwiony mózg do tworzenia czegoś własnego, a nie operowania przygodnością bodźców. O, i to jest wniosek, który mnie mocniej przymusi do fabrykacji tych słów, nie można tworzyć fikcyjnych światów bez umiejętności, ciągłego rozciągania swojej wyobraźni. To muszę ćwiczyć, a po to poświęcam tyle czasu na badanie świata, by światy te zapełnić celowością, myślą przewodnią, ciekawą obserwacją. Żeby wzbudzić w ludziach zrozumienie i dystans, propagować dobro. I myślę, że to mój cel. Jedynym problemem jest: jak urządzić sobie życie do czasu, kiedy moje wnioski będą wystarczająco klarowne, język wystarczająco żywy i giętki, forma przystępna. Mnóstwo widzę nieporadności w moich zdaniach, akapitach porwanych, poskładanych z (...)
Odkopuję, kaprawym okiem zimno oceniam dzieciaka, który to pisał. Ha! Jakże dobrze, że mogę być pobłażliwy wobec siebie. Wręcz budzę w sobie narcystyczną miłość. Och, światy wirują, impreza trwa. Poznaję ludzi - przepływam obok, walę z nimi lufę i już hyc gdzie indziej, już mnie nie ma. Palę szluga pod blokiem. Śpię gdzie popadnie, no zbyt dobrze to się nie prowadzę, przynajmniej jako facet nie zostanę surowo oceniony, że szmata. Nie, nie, facet to zajebiście, rżnij z bananem na mordzie. Więc korzystam z dobrodziejstw świata. << tak btw... dostałem wczoraj zegar. Grzecznie palę sobie lola w busie, a tu ktoś mi wręcza czasomierz - ogromny, ścienny. Co to za kraj, co to za miejsce?
Odkopuję, kaprawym okiem zimno oceniam dzieciaka, który to pisał. Ha! Jakże dobrze, że mogę być pobłażliwy wobec siebie. Wręcz budzę w sobie narcystyczną miłość. Och, światy wirują, impreza trwa. Poznaję ludzi - przepływam obok, walę z nimi lufę i już hyc gdzie indziej, już mnie nie ma. Palę szluga pod blokiem. Śpię gdzie popadnie, no zbyt dobrze to się nie prowadzę, przynajmniej jako facet nie zostanę surowo oceniony, że szmata. Nie, nie, facet to zajebiście, rżnij z bananem na mordzie. Więc korzystam z dobrodziejstw świata. << tak btw... dostałem wczoraj zegar. Grzecznie palę sobie lola w busie, a tu ktoś mi wręcza czasomierz - ogromny, ścienny. Co to za kraj, co to za miejsce?
czwartek, 10 listopada 2011
Jak to stałem się znów zły - na chwilę
Wiesz, że dzień zaczyna się przekleństwem. Miałem w sobie duszę, co krzyczała na ohydę świata. Miałem w sobie wiele żyć na raz(empatia), byłem światłem. Śmieć, co zowie się człowiekiem skamlał z bólu. Byłem kimś innym uwięzionym w obrzydliwie żałosnej formie, w tym obrzydliwie żałosnym świecie. Bo nie możesz tutaj być ponad cokolwiek, wszystko Cię dotyczy, białe rękawiczki nie odróżniają Cię od chłopstwa, a wręcz tylko uwydatniają twój codzienny weltschmerz. Śmiałem się z pogardą. Z siebie uwięzionego również. Nie jest tak, że ja jestem jakiś wyjątkowy. Jestem tak samo wyjątkowy, jak każdy inny, czyli niewyobrażalnie. Sam w sobie, jestem jestestwem. Uniosłem się ponad owalne, nieporadne byty. Żałosna była każda moja myśl do tej pory i dobrze wiem, że każda następna też taka będzie. A przecież krzyczy we mnie dusza, wyrywa się. Perfidia. Zły żart boga. Okrutna dychotomia. Prawie czułem ten smród życia. Z całą jego cielesnością, ułomnościami, śmiercią. Wieczną nieporadność kręgu życia. Byle jak, byle do przodu. Pary przypadkowych ludzi rżnących się w kiblach klubów. Cała muzyka dla której na co dzień muszę przymykać oko. Wszystkie filmy zrobione dla otumanienia, zrealizowania imperatywu życia - zdobycia więcej. Czegokolwiek ale więcej, chociażby pieniędzy. Wszystko, wszystko, wszystko kiczem. Poczułem to całe zło w sztuce - która nie jest realizowana do przybliżenia jakichś ideałów. Rzygać mi się chciało od niemyślenia wszystkich ludzi. Którzy pozwolili sobie zastygnąć w schematach. Bezrefleksyjnie. I przez krótką chwilę naprawdę nienawidziłem tego świata. I zniszczyłbym go bez zastanowienia. Wymazał w pustkę lub cokolwiek innego. Na moment byłem Złym, nie było we mnie żadnej miłości, nawet egoistycznej do siebie. Na moment byłem czystą nienawiścią.
czwartek, 10 lutego 2011
Picture is painting a picture.
Dzisiaj Quantic - Infinite Regression.
Piękna piosenka. Miły dzień miałem dzisiaj we Wrocławiu. A teraz już słucham -> Kaliber 44 - Film. Powoli bardzo płyną mi myśli o siódmej rano bez snu. I dalej spać nie mogę. Dobijam się, żeby po melisie w końcu zasnąć po dobie, co straszliwie długa była. Lubię tańczyć, otworzyć się na muzykę, bujać w rytm. A to nie takie proste, bo trzeba zignorować innych ludzi, olać, co myślą o twoim tańcu, po prostu być w tłumie nadal sam na sam z muzyką.
Piękna piosenka. Miły dzień miałem dzisiaj we Wrocławiu. A teraz już słucham -> Kaliber 44 - Film. Powoli bardzo płyną mi myśli o siódmej rano bez snu. I dalej spać nie mogę. Dobijam się, żeby po melisie w końcu zasnąć po dobie, co straszliwie długa była. Lubię tańczyć, otworzyć się na muzykę, bujać w rytm. A to nie takie proste, bo trzeba zignorować innych ludzi, olać, co myślą o twoim tańcu, po prostu być w tłumie nadal sam na sam z muzyką.
czwartek, 3 lutego 2011
Dzisiaj Fisz mi błądzi po bani.
NO!
Więc znów tak siadam przed tą maszyną, marnuję czas, byle produktywniej niż nie robiąc nic, czy śpiąc, czy oglądając głupoty w telewizji, przed tym się teraz ratuję. Uciekam od telefonów, kontaktów, nie mam ochoty, siedzę sobie sam i czekam. Na nic czekam. Nauczyłem się dobrze trwać, wygrywać potyczki z myślami, a może nie wygrywać a po prostu zagłuszać je trwaniem ... czekaniem na nic. Bo przecież gdybym wygrywał, to miałbym siłę robić. Każdy dzień zostawia swoje piętno, wiem o tym, moje zadanie to nauczyć się działać. Każdego dnia robić coś, najmniejszego nawet, znaleźć jakąś systematyczność, żeby zamazywać nie-robienie, przeistaczać w coś! Strasznie ostrożne to słowa, ale nie wiem, gdzie mnie jutro nurt rzuci na brzeg. Czy w ogóle na brzeg, czy czeka mnie jeszcze dryf. Bo nie ukrywajmy - dryfuję. Lecę jak liść unoszony na wietrze. A mój wpływ na to kim teraz jestem - to właśnie wypracowana chęć wpływu na to kim jestem. To wszystko. Może całkiem sporo, ale na pewno za mało, żebym czuł się usatysfakcjonowany. Dziwne słowa wychodzą spod moich palców, jakieś nie-moje. Porwane te zdania, jak w piosence, widocznie bardzo odpowiednio dobrałem piosenkę na dziś. "zarzucić nogi na stół i nic nie robić". Ano ano. Szlug za szlugiem i ból gardła. Pozdrowienia ze stolicy syfu.
Wyrwałem jej serce
bo nie zasługiwała
na posiadanie
tego organu
czerwona krew
kapie i kapie
moja nie twoja
polaczkiem jestem
więc flagę
we krwi nurzam
.
obnoszę wokół
swoje cierpienia
ale ból chowam
w środku.
Fasada pięścią
wyrównana
agresją wysyłam
modlitwy do boga
w którego istnienie
nie mam prawa wątpić
co zrobisz
gdy zabraknie
ładu prawdy i powietrza
do zaspokojenia twych
wielkomiejskich ambicji
?
Ja powiem pieprzę
kopnę kamień
i pójdę w drugą stronę.
Piosnka.
Ja składam się z części niespójnych, przeczących sobie nawzajem
Jedna mówi "Chce stąd wyjść", druga mówi "Ja zostaję!"
Wiem że to jest męczące nie tylko dla mnie lecz dla tych, którzy ze mną przebywają
Mówią "nie mogę znieść tych twoich humorów i zmian" - pewnie racje mają
Bo we mnie jest orkiestra która grać razem nie daje rady
Jedna część zadowolona przyjmuje z pokorą wszystkie zmiany
Druga na to: "Pieprzę, ja nie nadążam, wysiadam"
Czasami więc zdarza się że nie wiem czego chcę
Jedna część mówi "Jest tak dobrze", druga "Jest tak źle"
Tyle sprzecznych myśli, więc czas pozszywać
I wyciąć to co złe niczym chirurg wycina wyrostek
Patrzę czasami na moje dłonie: lewa młoda, jakby wiecznie wypoczęta
Prawa pomarszczona, spocona i wiecznie napięta
Jak sytuacje w których wychodzi złość bo wygrywa z tą drugą stroną
Wypowiadam wtedy słowa które bolą...
[ref:]
A Ona mówi "Usiądź wygodnie ja polepię i zlepię w jedną część
Tu muszę naderwać, tu muszę zszyć byś mógł we mnie odtąd żyć" [x2]
NO!
Więc znów tak siadam przed tą maszyną, marnuję czas, byle produktywniej niż nie robiąc nic, czy śpiąc, czy oglądając głupoty w telewizji, przed tym się teraz ratuję. Uciekam od telefonów, kontaktów, nie mam ochoty, siedzę sobie sam i czekam. Na nic czekam. Nauczyłem się dobrze trwać, wygrywać potyczki z myślami, a może nie wygrywać a po prostu zagłuszać je trwaniem ... czekaniem na nic. Bo przecież gdybym wygrywał, to miałbym siłę robić. Każdy dzień zostawia swoje piętno, wiem o tym, moje zadanie to nauczyć się działać. Każdego dnia robić coś, najmniejszego nawet, znaleźć jakąś systematyczność, żeby zamazywać nie-robienie, przeistaczać w coś! Strasznie ostrożne to słowa, ale nie wiem, gdzie mnie jutro nurt rzuci na brzeg. Czy w ogóle na brzeg, czy czeka mnie jeszcze dryf. Bo nie ukrywajmy - dryfuję. Lecę jak liść unoszony na wietrze. A mój wpływ na to kim teraz jestem - to właśnie wypracowana chęć wpływu na to kim jestem. To wszystko. Może całkiem sporo, ale na pewno za mało, żebym czuł się usatysfakcjonowany. Dziwne słowa wychodzą spod moich palców, jakieś nie-moje. Porwane te zdania, jak w piosence, widocznie bardzo odpowiednio dobrałem piosenkę na dziś. "zarzucić nogi na stół i nic nie robić". Ano ano. Szlug za szlugiem i ból gardła. Pozdrowienia ze stolicy syfu.
Wyrwałem jej serce
bo nie zasługiwała
na posiadanie
tego organu
czerwona krew
kapie i kapie
moja nie twoja
polaczkiem jestem
więc flagę
we krwi nurzam
.
obnoszę wokół
swoje cierpienia
ale ból chowam
w środku.
Fasada pięścią
wyrównana
agresją wysyłam
modlitwy do boga
w którego istnienie
nie mam prawa wątpić
co zrobisz
gdy zabraknie
ładu prawdy i powietrza
do zaspokojenia twych
wielkomiejskich ambicji
?
Ja powiem pieprzę
kopnę kamień
i pójdę w drugą stronę.
Piosnka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)