piątek, 1 sierpnia 2014

Chomiki, wszędzie tylko chomiki - gdzie znajdę człowieka?

Wobec faszyzmu bycia trybikiem jestem bezradny. Nienawidzę bezradności, prawie tak bardzo jak nienawidzę opresji. Bezradność nie zamyka się tylko w pojęciu opresji, chciałbym to mocno zaznaczyć. We freudowsko-niżyńskim świecie, gdzie szaleństwo ma tylko anatomiczne wyjaśnienie chciałbym krzykiem domagać się wolności. Nieograniczonej i nieokreślonej. Skok ponad kandelabrem małego pokoju z pająkami jest właśnie beznadziejną próbą nadania nieistniejących, dodanych wartości prozaicznej walce o światło, chleb - ten chleb, na którego spodzie moja babcia zawsze robiła krzyż nożem. Krzyż przecież tak powiązany ze śmiercią i cierpieniem, tym codziennym. Cierpienie jednostek kumuluje się poprzez pokolenia - które, mimo że identyczne, to jednak tkwią w tej studni pokoleń. Forma się krystalizuje, nie ma odwrotu. Tylko tragedia, śmierć, zniszczenie na końcu tej drogi, jaką strategię byśmy nie obrali. Uciekam przed taką syntezą, która zakłamuje rzeczywistość, czymkolwiek by nie była. Kiedyś myślałem, że szczęście jest tylko obłudą, stanem hormonalnym, wierzyłem w schopenhauerowski determinizm, chciałem zaprzeczyć boskiej iskrze. Ale mam duszę, duszę tak nieprzystawalną do fizycznego świata, że  tylko po cichu płaczę nad wszystkimi, sobą, chociaż ja, my, jesteśmy jednością.

A gdybym wstyd miał to bym zapłakał.... Nie, wcale nie - w moim małym wyobrażeniu jestem sobiepan.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Dorosłość

Dudni we mnie złość, czuję się niedoceniony. Czuję się niewykorzystany. Nieprzydatny. Lecz moje uczucia pielęgnuję, a przede wszystkim eksponuję przed sobą tylko po żeby móc pisać, inaczej nie potrafię. Strasznie zawodzę się na tym życiu, chciałbym ze złości napisać, że nic do stracenia. Trochę to prawda. Zaczynam sę godzić ze śmiertelnością człowieka. Nie zrobię wszystkiego, co bym chciał, nigdy niczego nie napiszę. Więc i to wyrzucanie z siebie emocji powinienem zakończyć. Nie zmienię świata, nie ma barykad, na których byłoby warto ginąć ani idei, która nie byłaby zmanipulowana. Nie ma nic, nie ma mnie, absolut jest milczeniem w pustce.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Garum

Smród życia. Natury. Świata.
Więc może faktycznie dobrze jest się tarzać w rybich fermentujących wnętrznościach.
Co jest zdrożnego w zapachu moczu, fekalii? Dlaczego nas tak od niego odrzuca. Już samo słowo fetor niprzyjemnie brzmi w moich ustach.
Więc skąd tę sądy wartościujące, z instynktu jedynie?
Jeśli tak to przecież bezrefleksyjnie używamy zmysłu. Nie pierwszego przecież.
Czyli co? Czyli działam w większości odruchowo, odpowiadając na napotkane bodźce.
Czyli od żrącej ziemię dżdżownicy różni mnie tylko jakość bodźców i odpowiedzi na ich konfigurację.
A co z tą boską iskrą, którą ciągle w sobie czuję? Jak ją wytłumaczyć w świecie zniewolonym imperatywem przetrwania - ogólnie pojętego, nawet nie jednostkowego przecież.
A czy współczucie to nie jest instynkt konieczny do tworzenia społeczności?
A czy ta iskra jest do czegoś potrzebna - jest do nadania pozornego sensu tego życia.
Czy ewolucyjnie można wytworzyć uczucie istnienia absolutu? Można w ten sposób przecież uzasadnić miłość. I jaka może być korzyść dla mnie z tego, że hipotetycznie podporządkowałem życie ładowi kosmosu.

poniedziałek, 24 marca 2014

Iluzja rzeczywistości

Dzień po czuję się zmęczony po prostu, a perspektywa przeżycia kilku godzin w bezsensie pracy po prostu zniechęca. Nie sprawia mi to radości, nie chcę tak żyć. Coraz mocniej się przekonuję, że jednak nie jestem pracownikiem i powinienem spróbować być przedsiębiorcą. Ale zniechęca też opór materii, wrogość świata. Jestem zmęczony tym, że na tak niewiele spraw mam bezpośredni wpływ i w tej nierównej grze mam walczyć o status społeczny. Jest on oczywiście dla mnie ważny, ale jest tak napompowany przez reklamę, konsumenckie wartości w ogóle, że nie może być sprecyzowanym celem samym w sobie. A wszystko inne albo zieje bezsensem albo skazuje na rezygnację z tego statusu. Pułapka bez wyjścia, pułapka bezsensu, trzeba być naprawdę głupim żeby jej nie zauważać. I wydaje mi się, że większość ludzi żyje w tym dwójmyśleniu, że niby wiedzą, że ich działania nie są nacechowane jakąkolwiek celowością, ale jednak wmawiają sobie codziennie rano, że właśnie tak jest i z tego kłamstwa czerpią energię. Po prostu bez tego kłamstwa nie sposób funkcjonować, tak jak funkcjonują, jak ja funkcjonuję. Też staram się sobie wmówić to kłamstwo, ale ono wcale mnie nie zadowala.
Stąd ten cały smutek co rano, że tkwię tu jak niewolnik, a nie wolny człowiek, który wybiera miejsce. Niby mam ten wybór, ale tak ograniczony jak przy urnie. Żaden.

niedziela, 17 marca 2013

Dzisiaj krk

Więc dzisiaj w Krakowie. Nowe miejsce, nowe twarze, nowe wzorce zachowań. Dalej tyję w doświadczenia. Ze spokojną obojętnością patrzę na jutro, jakoś przecież będzie. Poruszam się w świecie symboli, znaków, uczę się ich, chcę jak najlepiej odczytywać zaszyfrowane treści, coraz lepiej grać w grę. Ta mnie bawi, posiada nieskończoną prawie ilość wątków do zgłębienia i każdy przynosi lepsze zrozumienie całości. I przede wszystkim nigdy się nie kończy. Chciałbym dorzucić swoją cegiełkę, stworzyć swój kod, swoją symbolikę, zainspirować nią kogoś do dalszego przetwarzania. Właśnie przetwarzanie mnie najbardziej interesuje. Dlatego tylu winylowych popisów słucham. Często mnie przeraża prognozowanie gdzie idziemy jako ludzie. Wyszukuję tendencje, mody, aspiracje. Przelatuję po łebkach przez zagadnienia, żeby jak najlepiej ogarnąć, z jak najdalszej perspektywy oglądać fraktal rzeczywistości. Czy warto, czy to dokądś prowadzi i, co najistotniejsze, czy nie jestem zbyt tępy żeby wznieść się choć na kilka centymetrów? Nie wyjdę poza moje subiektywne oceny, więc na żadne z tych pytań nie potrafię i nigdy nie będę potrafił odpowiedzieć. To właśnie jest ten okrutny żart boga (czy istnienia, czy dualizmu, dychotomii, jak zwał - nieistotne). Kiedy gdzieś w środku tli się iskra, co odpocząć spokojnie nie pozwala - moje ambicje, nieprzystawalność, chęć doświadczenia transcendencji lub chociaż czegoś większego niż to miałkie wszystko, co do tej pory poznałem. I iskra ta męczy, wykręca, psuje każdą chwilę, zaburza pewność siebie, przepotwarza mnie w coś strasznego, ponad moje siły. Pewnie zwariowałbym, oderwał od rzeczywistości, gdyby nie to zwierzę, które się przeciw tej iskrze cały czas buntuje. Mówi mi, że nie ma sił na to, ani ochoty, ani możliwości. Lecz gdybym zwariował - zanurzyłbym się w szczęściu mojego obłędu, a tak muszę tkwić pomiędzy z wciąż kwaśną miną. To obrzydza - a to przeraża, więc idę środkiem, cienką ścieżynką, chwiejny, rozedrgany, skłonny do smutku i autodestrukcji.

wtorek, 26 lutego 2013

fekalia!

Te wszystkie litery, tyle już lat, o kant dupy.
Pustym leniem jestem i niczym tego nie zmienię.
Więc gówno.

niedziela, 24 lutego 2013

Mydlane popołudnie

 W ciągłej zabawie dopatruję się rozwoju, większego zrozumienia świata, bo marzę o ciągłym progresie. Marzę o tym, żeby praca była przyjemnością - bo wiem, że może. Praca nad sobą, nad jakością własnych myśli, nad umiejętnością skupienia, logicznego rozumowania. A tak długimi przerwami nie-pisania strasznie się odzwyczajam od tworzenia zgrabnych zdań, czuję blokadę i niemoc, a wręcz fizyczny ból z tyłu czaszki. Zmuszam mój otępiały, rozleniwiony mózg do tworzenia czegoś własnego, a nie operowania przygodnością bodźców. O, i to jest wniosek, który mnie mocniej przymusi do fabrykacji tych słów, nie można tworzyć fikcyjnych światów bez umiejętności, ciągłego rozciągania swojej wyobraźni. To muszę ćwiczyć, a po to poświęcam tyle czasu na badanie świata, by światy te zapełnić celowością, myślą przewodnią, ciekawą obserwacją. Żeby wzbudzić w ludziach zrozumienie i dystans, propagować dobro. I myślę, że to mój cel. Jedynym problemem jest: jak urządzić sobie życie do czasu, kiedy moje wnioski będą wystarczająco  klarowne, język wystarczająco żywy i giętki, forma przystępna. Mnóstwo widzę nieporadności w moich zdaniach, akapitach porwanych, poskładanych z (...)

Odkopuję, kaprawym okiem zimno oceniam dzieciaka, który to pisał. Ha! Jakże dobrze, że mogę być pobłażliwy wobec siebie. Wręcz budzę w sobie narcystyczną miłość. Och, światy wirują, impreza trwa. Poznaję ludzi - przepływam obok, walę z nimi lufę i już hyc gdzie indziej, już mnie nie ma. Palę szluga pod blokiem. Śpię gdzie popadnie, no zbyt dobrze to się nie prowadzę, przynajmniej jako facet nie zostanę surowo oceniony, że szmata. Nie, nie, facet to zajebiście, rżnij z bananem na mordzie. Więc korzystam z dobrodziejstw świata. << tak btw... dostałem wczoraj zegar. Grzecznie palę sobie lola w busie, a tu ktoś mi wręcza czasomierz - ogromny, ścienny. Co to za kraj, co to za miejsce?

czwartek, 10 listopada 2011

Jak to stałem się znów zły - na chwilę

Wiesz, że dzień zaczyna się przekleństwem. Miałem w sobie duszę, co krzyczała na ohydę świata. Miałem w sobie wiele żyć na raz(empatia), byłem światłem. Śmieć, co zowie się człowiekiem skamlał z bólu. Byłem kimś innym uwięzionym w obrzydliwie żałosnej formie, w tym obrzydliwie żałosnym świecie. Bo nie możesz tutaj być ponad cokolwiek, wszystko Cię dotyczy, białe rękawiczki nie odróżniają Cię od chłopstwa, a wręcz tylko uwydatniają twój codzienny weltschmerz. Śmiałem się z pogardą. Z siebie uwięzionego również. Nie jest tak, że ja jestem jakiś wyjątkowy. Jestem tak samo wyjątkowy, jak każdy inny, czyli niewyobrażalnie. Sam w sobie, jestem jestestwem. Uniosłem się ponad owalne, nieporadne byty. Żałosna była każda moja myśl do tej pory i dobrze wiem, że każda następna też taka będzie. A przecież krzyczy we mnie dusza, wyrywa się. Perfidia. Zły żart boga. Okrutna dychotomia. Prawie czułem ten smród życia. Z całą jego cielesnością, ułomnościami, śmiercią. Wieczną nieporadność kręgu życia. Byle jak, byle do przodu. Pary przypadkowych ludzi rżnących się w kiblach klubów. Cała muzyka dla której na co dzień muszę przymykać oko. Wszystkie filmy zrobione dla otumanienia, zrealizowania imperatywu życia - zdobycia więcej. Czegokolwiek ale więcej, chociażby pieniędzy. Wszystko, wszystko, wszystko kiczem. Poczułem to całe zło w sztuce - która nie jest realizowana do przybliżenia jakichś ideałów. Rzygać mi się chciało od niemyślenia wszystkich ludzi. Którzy pozwolili sobie zastygnąć w schematach. Bezrefleksyjnie. I przez krótką chwilę naprawdę nienawidziłem tego świata. I zniszczyłbym go bez zastanowienia. Wymazał w pustkę lub cokolwiek innego. Na moment byłem Złym, nie było we mnie żadnej miłości, nawet egoistycznej do siebie. Na moment byłem czystą nienawiścią.

czwartek, 10 lutego 2011

Picture is painting a picture.

Dzisiaj Quantic - Infinite Regression.
Piękna piosenka. Miły dzień miałem dzisiaj we Wrocławiu. A teraz już słucham -> Kaliber 44 - Film. Powoli bardzo płyną mi myśli o siódmej rano bez snu. I dalej spać nie mogę. Dobijam się, żeby po melisie w końcu zasnąć po dobie, co straszliwie długa była. Lubię tańczyć, otworzyć się na muzykę, bujać w rytm. A to nie takie proste, bo trzeba zignorować innych ludzi, olać, co myślą o twoim tańcu, po prostu być w tłumie nadal sam na sam z muzyką.

czwartek, 3 lutego 2011

Dzisiaj Fisz mi błądzi po bani.
Ja składam się z części niespójnych, przeczących sobie nawzajem
Jedna mówi "Chce stąd wyjść", druga mówi "Ja zostaję!"
Wiem że to jest męczące nie tylko dla mnie lecz dla tych, którzy ze mną przebywają
Mówią "nie mogę znieść tych twoich humorów i zmian" - pewnie racje mają
Bo we mnie jest orkiestra która grać razem nie daje rady
Jedna część zadowolona przyjmuje z pokorą wszystkie zmiany
Druga na to: "Pieprzę, ja nie nadążam, wysiadam"
Czasami więc zdarza się że nie wiem czego chcę
Jedna część mówi "Jest tak dobrze", druga "Jest tak źle"
Tyle sprzecznych myśli, więc czas pozszywać
I wyciąć to co złe niczym chirurg wycina wyrostek
Patrzę czasami na moje dłonie: lewa młoda, jakby wiecznie wypoczęta
Prawa pomarszczona, spocona i wiecznie napięta
Jak sytuacje w których wychodzi złość bo wygrywa z tą drugą stroną
Wypowiadam wtedy słowa które bolą...

[ref:]
A Ona mówi "Usiądź wygodnie ja polepię i zlepię w jedną część
Tu muszę naderwać, tu muszę zszyć byś mógł we mnie odtąd żyć" [x2]

NO!
Więc znów tak siadam przed tą maszyną, marnuję czas, byle produktywniej niż nie robiąc nic, czy śpiąc, czy oglądając głupoty w telewizji, przed tym się teraz ratuję. Uciekam od telefonów, kontaktów, nie mam ochoty, siedzę sobie sam i czekam. Na nic czekam. Nauczyłem się dobrze trwać, wygrywać potyczki z myślami, a może nie wygrywać a po prostu zagłuszać je trwaniem ... czekaniem na nic. Bo przecież gdybym wygrywał, to miałbym siłę robić. Każdy dzień zostawia swoje piętno, wiem o tym, moje zadanie to nauczyć się działać. Każdego dnia robić coś, najmniejszego nawet, znaleźć jakąś systematyczność, żeby zamazywać nie-robienie, przeistaczać w coś! Strasznie ostrożne to słowa, ale nie wiem, gdzie mnie jutro nurt rzuci na brzeg. Czy w ogóle na brzeg, czy czeka mnie jeszcze dryf. Bo nie ukrywajmy - dryfuję. Lecę jak liść unoszony na wietrze. A mój wpływ na to kim teraz jestem - to właśnie wypracowana chęć wpływu na to kim jestem. To wszystko. Może całkiem sporo, ale na pewno za mało, żebym czuł się usatysfakcjonowany. Dziwne słowa wychodzą spod moich palców, jakieś nie-moje. Porwane te zdania, jak w piosence, widocznie bardzo odpowiednio dobrałem piosenkę na dziś. "zarzucić nogi na stół i nic nie robić". Ano ano. Szlug za szlugiem i ból gardła. Pozdrowienia ze stolicy syfu.

Wyrwałem jej serce
bo nie zasługiwała
na posiadanie
tego organu
czerwona krew
kapie i kapie
moja nie twoja
polaczkiem jestem
więc flagę
we krwi nurzam
.
obnoszę wokół
swoje cierpienia
ale ból chowam
w środku.
Fasada pięścią
wyrównana
agresją wysyłam
modlitwy do boga
w którego istnienie
nie mam prawa wątpić
co zrobisz
gdy zabraknie
ładu prawdy i powietrza
do zaspokojenia twych
wielkomiejskich ambicji
?
Ja powiem pieprzę
kopnę kamień
i pójdę w drugą stronę.


Piosnka.

niedziela, 16 stycznia 2011

Tak to bywa zazwyczaj, że jestem w nastroju.

Day after day
Love turns gray
Like the skin on the dying man
And night after night
We pretend it's all right
But I have grown older
And you have grown colder
And nothing is very much fun, anymore
And I can feel
One of all my turns coming on
I feel
Cold as a razor blade
Tight as a tourniquet
Dry as a funeral drum

Run to the bedroom
In the suitcase on the left
You'll find my favorite axe
Don't look so frightened
This is just a passing phase
One of my bad days
Would you like to watch TV?
Or get between the sheets?
Or contemplate the silent freeway?
Would you like something to eat?
Would you like to learn to fly?
Would ya?
Would you like to see me try?
Ohh, No...

Would you like to call the cops?
Do you think it's time I stopped?
Why are you running away?


Stare moje zdjęcie. Kiedyś strasznie fascynowało mnie odbicie jednych okien w drugich - szkło kontra beton, nowe stare, do tego jeszcze zniekształcone, takie tam myśli. Nadal ze względu na to całe myślenie uważam, że jest dobre. Może nie te kolory. Ogólnie strasznie lubię odbicia, w szybach, lustrach, nakładanie się rzeczywistości na siebie, kupę takich zdjęć mam, i chyba szczególnie związanych z przeszłością. Młoda dziewczyna w starym oknie, przeziera przez nią stary pokój itp itd...

Piosenka z tytułu.
Piosenka z wpisu.

niedziela, 2 stycznia 2011

Dama z łysiczką

Coraz częściej otumaniony, niemyślący wlokę się. Źle, dobrze? Jaki sens mają sądy wartościujące? Więc tylko wrzucam sobie samemu parę słów, list do mnie w przyszłości.


|Po prostu ładne|


niedziela, 5 grudnia 2010

zdziadzieli.

Cieszę się z każdego wspomnienia, każdego dnia w mojej głowie. Tęknię za nimi, te dzisiejsze wydają mi się takie mierne, takie przeciętne. Wciąż wpadam w to cholerne odrętwienie. A czas wciąż ulatuje, nie robimy się młodsi, zaraz przeminie, dany nam żeby się wyszaleć. A ja tak bardzo bym chciał jeszcze poodpierdalać. Tak porządnie znów, jak kiedyś przez chwilę, być szczęśliwym.

Powinienem pracować ale jak to zrobić zgniłym mózgiem?

|Ratuję się Bonobo|

niedziela, 21 listopada 2010

Über

Ponad gwiazdami
lecę z kumplami
nagi, jak z waty,
ręce zajęte
butelką z boską
znaną proporcją
Mendelejewa
i papierosem........

Cudowne smugi
-wiją się wśród twarzy
moich towarzyszy.-

Razem lecimy
ponad chmurami
czystą pijemy.

My tak wyprani!
My bez nadziei.
My bez sumienia...

To nam zostało
do uniesienia
weltschmerz codzienny.

Lecimy ponad
suchą stolicą
pustą stolicą,
to jakiś absurd:
Tu rozstrzelano,
a tu fastfoody...
No gdzie ja jestem?

Ulice milkną
i wspominają
widziały mnie już.
Już w takich stanach
że gdybym wstyd miał
to bym zapłakał
nad matki losem.

To otoczenie.
Nam się odnaleźć?
W tym świecie pustym?

Gdzie marzą ludzie
o małym lokum
i samochodzie?

Światami rządzić,
niszczyć, obalać!
Wszystko znów stworzyć.
Ja to ten wielki,
najlepszy, piękny,
złoty lekkoduch.

Znów bez pieniędzy
i bez perspektyw
toniemy co dzień
tu w uwielbieniu
tego upadku,
póki świadomość
nie trąci kolan
i z mordą w bruku
zaśniemy z błogim
uśmiechem maski.

-W pijackim amoku-
rzekł ktoś z pogardą.

A potem rano
się rozjeżdżamy.
Pustka na twarzach
straszy jeszcze bardziej,
nikt nie patrzy w oczy.

Już uciekamy.

-Tylko ostatnie piwo,
na lekkie lądowanie,
powrót do rzeczywistości.-

Wrócę pojutrze
(nie dziś, nie jutro).

czwartek, 18 listopada 2010

"Jestem taki pojebany, non stop jaram szlugi, głupi i głupszy jestem kurwa jednym i drugim"

And i cant stop thinking about moments that i lost for you.
and i cant stop thinking about things i used to do.
and i cant stop making bad decisions
and i cant stop eating stuff you make chew
i put on a smile that you wann'a see
another day goes by that i loan to be like you.


|Tytuł|

(od 1:45 kawałek)

Prócz cienia

Siadam sam roztrzęsiony wewnętrznym sprzeciwem zwróconym do rzeczywistości przed klawiaturą, wołając o pomoc, starając się uczynić świat w zasięgu ręki miejscem nad którym da radę się wznieść. Co mi innego zostało - co mnie interesuje prócz tych cholernych liter i muzyki? Upajam się swoim smutkiem,żeby płodzić kolejne zdania, ale bez tych zdań myśli sparaliżowane zawijają się wśród beznadziei. Milczenie wszechrzeczy doprowadza do szału, ale czym można je zagłuszyć, jak oszukać się, przymknąć oczy żeby stoicko zbierać prowiant czekając na ostateczne? Zapisywane jest każde słowo, tam na górze są kamery. |koncepcja boga jako stasi|

poniedziałek, 15 listopada 2010

Krótki zapis kondycji ludzkiej w tym własnie fotelu.

Zmęczenie. Znów wstałem rano samemu stawiając czoło przytłaczającemu światowi. Jestem tuż tuż od załamania się - ponownej próby przeskoczenia samotności ładując się w jakiś związek, na który - na trzeźwo - nie znów pijany samotnością (spragniony) - nie miałbym ochoty. Nie chciałbym się ładować na pokład. Ciągle się bronię, mam nadzieję, że spotkam kogoś, kto olśni mnie swoją osobą, chociaż pewnie nie jestem jeszcze na to gotowy. Ryczę z samotności. Muszę dawać sobie radę. Wszystko wiruje mi w bani, nie wiem co mam robić. "Nic nie robić, zupełnie nic nie robić". Ano. Klawo w chuj. Zapożyczonym stwierdzeniem ratuję rzeczywistość. Mam ochotę na zamach na życie - czyje? - jakieś moje - plastikowym nożem zabić część siebie. Kakofonia myśli. Pogrążony w monotonii, mimo że moje życie nie wygląda tak wcale z boku - ale cały czas w niej tonę. Nic się nie powtarza dzień za dniem, każdy jest inny, każdego coś się dzieje - i to też jest monotonia.

wtorek, 7 września 2010

Trzęsienie

Patrzył na swe umęczone ręce. Zbolałe, zniszczone, zakrwawione. Niechętne do wykonania jakiegokolwiek ruchu więcej. Topił się w szale i beznadziei, która zwykle przychodzi gdy rozpaczliwe starania nie dają żadnego efektu. Słońce przezierało z daleka, poprzez gruz, powyginane zbrojenia betonu, przypominając o tym, że istnieje. Ostatni papieros, rezygnacja. Zabija głód, wzmaga pragnienie. Strasznie potrzebował kontaktu ze światem. Najmniejsze stworzenie, bezmyślny robak byłby wybawieniem z pustki betonu. Dym niesamowicie się zwijał łapiąc przerzedzone promienie, szczelnie wypełniając mały tunel, który sobie wykopał i ktory będzie pewnie jego grobem, białą mgłą, oddzielając go chociaż na chwilę od otynkowanych, zawalonych ścian. Modlił się do siebie już tylko o deszcz, wyjście z tego miejsca wydawało mu się tak nieprawdopodobne, niemożliwe wręcz, że już dawno porzucił marzenia o tym. Jeszcze raz zobaczyć niebo i chmury, tylko po to poświęcał godziny na rozbijaniu ścian, które kiedyś były schronieniem od tej przestrzeni.
Parę godzin minęło na leżeniu w letargu.
Słowa powoli przestawały mieć możliwość wyrażenia, przestawały być werbalnym środkiem do komunikacji. Gdzieś w środku zmotywowany nieświadomą wolą przetrwania walczył z tym, próbując uspokoić się własnym głosem, jednak zaschnięte gardło wydawało tylko czasem westchnienia i jęki, nic więcej. Pojęcie szczęścia było zbyt abstrakcyjne w tym dole udręki. Żałował, że nie zginął. Był już tylko zwierzęciem uwięzionym w klatce. Gdzieś zanikł cały dualizm zwierzęcoboskiego człowieka, dychotomia. Fasada człowieka rozsypywała się na kawałki. Łatwo jest uwierzyć, że cała pamięć, wszystkie najważniejsze wspomnienia są tylko nierealnym snem, skupić się na chwili obecnej, zatracić w niej, kiedy pomiędzy 'teraz' a 'wcześniej' nie da się przerzucić mostów solidnych powiązań. Starał się spać w nocy, w dzień kopać, rozgrzebywać gruzy w bezmyślnej apatii. Uciekał w nią, bo ból rąk, mięśni, ale też strach nie pozwalał mu uciekać w świat myśli, tak zbawienny przecież.
"Więc tak się umiera?"
Upodlone ludzkie zwierze musi się wycierpieć przed końcem. Umiera się pokazując czym się jest naprawdę. On był tylko zwierzęciem.
"Można być czymś więcej?"
Nie ma żadnego tunelu, filmy wspomnień, rachunku sumienia. Nie ma na to czasu. Sztuka dobrego umierania.
"Co nas bardziej czyni ludźmi? Rezygnacja i pogodzenie się z losem czy bezmyślna, uparta walka o przetrwanie. Stoickie geny nie są promowane, jakie to ma znaczenie w tej studni pokoleń?"